Już dawno nie pisałam, czas mnie ciągle goinił, mimo,że nie wyjeżdżam służbowo. Jednak stała opieka nad chorym mężem i radzenie sobie z jego zmianami nastroju, sprawiło, że nie potrafiłam skoncentrować się nad pracą. Wena pisania i nie tylko, opuściła mnie na kilka tygodni.
W dodatku przeziębienie, trzyma mnie już trzeci tydzień i nie widać większej poprawy.Do tego stopnia, że straciłam głos na kilka dni, a i teraz nie do końca jest dobrze. W niwecz poszły moje plany nagrania kilku krótkich filmów i prezentacji.
Ostatni miesiąc upłynął pod wpływem stresu i wizyt do szpitala. Mąż przechodził badania po leczeniu, i ostatnią sesję radioterapii do głowy. To sprawiło, że jego humor, był mocno nadszarpnięty tymi zabiegami i problemami z poruszaniem sie o własnych siłach. Nie mógł przejść samodzielnie dłuższego dystansu bez siadania. Po dziesięciu metrach musiał usiąść aby odpocząć, ponieważ ból w dolnych kończynach , nie
pozwalał mu na ruch. W tym samym czasie mieliśmy bardzo ciepłą pogodę, co sprawiało,że ja nie czułam się dobrze. W samochodzie poruszaliśmy się przy otwartym oknie, ponieważ Andrzej tak zdecydował i nie dał sobie powiedzieć, że przewiew ułatwi nam przeziębienie. Skutkiem jest to, że i on jest przeziebiony, ale do lekarza iść nie chce.
Jego zachowanie było karygodne, chamskie i poniżające, szczególnie w stosunku do mnie. Naszym najbliższym znajomym, też się dostało, ponieważ Andrzej musi postawić na swoje. Często musiałam interweniować w argumentach pomiędzy nimi, co oczywiście kończyło się obelgami w moim kierunku.
W drodze do szpitala, codziennie i przez całą drogę słuchałam wyzwisk, przekleństw i złośliwych , upokarzjących uwag wstosunku do innych użytkowników dróg, co ponownie przekładało się na mnie.
Trudno jest mi opisać dokładne cytaty, ponieważ nie przejdą mi one pod palcem. Moje uczucia jednak były tak przygnębiające, że po każdej wizycie byłam wyczerpana, zdegustowana i wściekła. W końcu zecydowałam się nie reagować. W milczeniu, pokonywaliśmy trase do z ze szpitala. Po drodze wstępując na jakieś jedzenie, ponieważ Andrzej miał kaprys i nie chciał jeść w domu obiadów. Więc jeżdziliśmy do Macdonalds, KFC, lub do centrów handlowych, gdzie korzystaliśmy z restauracji lub barów. Dla niego, wszystko sprawiało przeszkody. Złe spojrzenie, lub to, że musiał sobie pokroić steka lub rybę.
W domu, złościł się, że musi wstać do łazienki. Leżąc przed TV , złościł się na programy, już nie mówiąc o wiadomościach i politykach.
Któregoś dnia, miałam krótka romowę pisemną na Facebook z koleżanką. Kiedy zapytała co u mnie, odpisałam, że "jestem wsiekła, psychicznie wykończona". Bo tak było, nie miałam sił na działanie w sprawach ważnych dla mnie. Czułam niechęć, niemoc i brak motywacji.
Jednocześnie zdawałam sobie sprawę z tego,że muszę coś robić, że nie mogę pozwolić sobie na kompletne załamanie. A już szło w tym kierunku.
Teraz, mimo choroby, czuję, że wracam do życia. Wreszcie zaczęłam działać. I motywuję się każdego dnia do jeszcze większego wysiłku. Wiem, że mogę i chcę zrobić to, co sobie obiecałam.
W trakcie tych dni, starałam się uczyć.Dużo czytałam, co pomogło mi nie zwariować. Wiele zrozumiałam i wiele się nauczyłam. teraz chcę tę naukę wykorzystać w dobrym kierunku, który sobie już obrałam dwa lata temu. Mój cel jest gotowy , pozostaje akcja. Modlę sie o to, aby moje cele stały się rzeczywistością. Wierzę, że te cele są połączone z celami wspaniałych ludzi, z jakim współpracuję.
Wiem,że nie jestem sama, bo mam obok siebie tę grupę wspaniałych ludzi, moją kochaną przyjaciółkę, oraz bliskich znajomych i rodzinę.
Wiem, że Bóg jest przy mnie i czuwa. Ja muszę działać.
W dodatku przeziębienie, trzyma mnie już trzeci tydzień i nie widać większej poprawy.Do tego stopnia, że straciłam głos na kilka dni, a i teraz nie do końca jest dobrze. W niwecz poszły moje plany nagrania kilku krótkich filmów i prezentacji.
Ostatni miesiąc upłynął pod wpływem stresu i wizyt do szpitala. Mąż przechodził badania po leczeniu, i ostatnią sesję radioterapii do głowy. To sprawiło, że jego humor, był mocno nadszarpnięty tymi zabiegami i problemami z poruszaniem sie o własnych siłach. Nie mógł przejść samodzielnie dłuższego dystansu bez siadania. Po dziesięciu metrach musiał usiąść aby odpocząć, ponieważ ból w dolnych kończynach , nie
pozwalał mu na ruch. W tym samym czasie mieliśmy bardzo ciepłą pogodę, co sprawiało,że ja nie czułam się dobrze. W samochodzie poruszaliśmy się przy otwartym oknie, ponieważ Andrzej tak zdecydował i nie dał sobie powiedzieć, że przewiew ułatwi nam przeziębienie. Skutkiem jest to, że i on jest przeziebiony, ale do lekarza iść nie chce.
Jego zachowanie było karygodne, chamskie i poniżające, szczególnie w stosunku do mnie. Naszym najbliższym znajomym, też się dostało, ponieważ Andrzej musi postawić na swoje. Często musiałam interweniować w argumentach pomiędzy nimi, co oczywiście kończyło się obelgami w moim kierunku.
W drodze do szpitala, codziennie i przez całą drogę słuchałam wyzwisk, przekleństw i złośliwych , upokarzjących uwag wstosunku do innych użytkowników dróg, co ponownie przekładało się na mnie.
Trudno jest mi opisać dokładne cytaty, ponieważ nie przejdą mi one pod palcem. Moje uczucia jednak były tak przygnębiające, że po każdej wizycie byłam wyczerpana, zdegustowana i wściekła. W końcu zecydowałam się nie reagować. W milczeniu, pokonywaliśmy trase do z ze szpitala. Po drodze wstępując na jakieś jedzenie, ponieważ Andrzej miał kaprys i nie chciał jeść w domu obiadów. Więc jeżdziliśmy do Macdonalds, KFC, lub do centrów handlowych, gdzie korzystaliśmy z restauracji lub barów. Dla niego, wszystko sprawiało przeszkody. Złe spojrzenie, lub to, że musiał sobie pokroić steka lub rybę.
W domu, złościł się, że musi wstać do łazienki. Leżąc przed TV , złościł się na programy, już nie mówiąc o wiadomościach i politykach.
Któregoś dnia, miałam krótka romowę pisemną na Facebook z koleżanką. Kiedy zapytała co u mnie, odpisałam, że "jestem wsiekła, psychicznie wykończona". Bo tak było, nie miałam sił na działanie w sprawach ważnych dla mnie. Czułam niechęć, niemoc i brak motywacji.
Jednocześnie zdawałam sobie sprawę z tego,że muszę coś robić, że nie mogę pozwolić sobie na kompletne załamanie. A już szło w tym kierunku.
Teraz, mimo choroby, czuję, że wracam do życia. Wreszcie zaczęłam działać. I motywuję się każdego dnia do jeszcze większego wysiłku. Wiem, że mogę i chcę zrobić to, co sobie obiecałam.
W trakcie tych dni, starałam się uczyć.Dużo czytałam, co pomogło mi nie zwariować. Wiele zrozumiałam i wiele się nauczyłam. teraz chcę tę naukę wykorzystać w dobrym kierunku, który sobie już obrałam dwa lata temu. Mój cel jest gotowy , pozostaje akcja. Modlę sie o to, aby moje cele stały się rzeczywistością. Wierzę, że te cele są połączone z celami wspaniałych ludzi, z jakim współpracuję.
Wiem,że nie jestem sama, bo mam obok siebie tę grupę wspaniałych ludzi, moją kochaną przyjaciółkę, oraz bliskich znajomych i rodzinę.
Wiem, że Bóg jest przy mnie i czuwa. Ja muszę działać.
No comments:
Post a Comment