Witajcie w blogu. Stworzyłam ten blog w celu głównie dyskusyjnym,ale również w celu przekazania tym zainteresowanym,moich rozważań na temat doswiadczeń życiowych,jakie miałam przyjemność doświadczyć.Moje wzloty i upadki, rozważania i nadewszystko wdzięczność tym, którzy byli lub są częścią mojego życia.
Mam ogromną nadzieję, że tematy poruszane tutaj dadzą powód do dyskusji i rozwazań nie tylko mnie, ale i wszystkim tym, którzy skorzystają z wiedzy tutaj zawartej.
Spokój jest lekarstwem na wszystkie dolegliwości, Harmonia pozwala na racjonalne myślenie i działanie.
Przez ostatnie miesiące jestem targana przez "wichury" emocji, pełna mieszanych myśli, staram się panować nad sytuacją. Choć doskonale wiem i rozumiem powyżej zapisane zdania, to nie zawsze jestem w stanie panować nad emocjami. Te z kolei szargają mną jak sztrom falami na morzu, padając bardzo nizko, a potem wylewając się poza "burtę" kontroli. To kolejny już rok przestępny, w moim życiu, który przynosi mi coraz to większe próby do przezwyciężenia. Bieżący rok jest szczególnie wypełniony wyzwaniami, a chciałoby się już żyć spokojnie, bez stresu i tak... normalnie , snując się po drogach życia, wybierając to co najlepsze.
W zamian, każdy nowy dzień stawia nowe zadania, nowe przeszkody i nowe nadzieje. Tak.... nadzieje. Optimizm dodaje mi energii, siły i witalności. Dzięki pozytywnemu myśleniu każda przeszkoda staje się niczym kładką do nastepnego etapu. To nic,że jest choroba, że tak naprawdę nie wiem czy jutro będziemy razem. Bo niezłomna wiara w lepsze jutro dodaje paliwa do działania. To nic,że nie wszyscy podzielają moje zamysły, plany i marzenia. To nic, że ludzie, na których liczyłam najbardziej, odeszli bez słowa. Odeszli, ponieważ nie mieli na tyle chęci do dania czegoś od siebie. Odeszli, ponieważ nie zrozumieli,że aby coś otrzymać , należy najpierw coś dać od siebie. Brać jest łatwo, ale Wszechświat jest tak skonstrułowany, że branie, w pewnym momencie się kończy, a ten, kto daje coś od siebie, zawsze, zawsze coś zyska.
Nic nie dzieje się bez przyczyny, dlatego wiem,że każda przeszkoda jest dla mnie wiadomością. W końcu po to się tu znalazłam, aby sie uczyć, doświadczać i wyciągać wnioski.
Prastara szkoła hawajska , dziś zwana Huną m mówi, że to my jesteśmy w stu procentach odpowiedzialni za wszystko co dzieje się w nas i wokół nas. Dla wielu to zabrzmi odrażająco, bo pomyślą: "CO?! Ja!? Odpowiedzialny za wszystko!? Tak, jesteśmy odpowiedzialni. Dlaczego? Otóż każdy z nas ma wpływ na innych ludzi. Czy to w domu, pracy, szkole, ulicy, etc. Każdy nasz ruch, nasze słowo, działanie, nawet nasze mysli, oddziaływują na innych, na wszystko.....
Kontrola emocji jest moim zadaniem na ten rok. Jak dotąd każdy dzień tego roku jest dla mnie próbą moich emocji. Wielokrotnie były one wystawione na mocny test. I tylko raz straciłam kontrolę. Ten jeden , jedyny raz zapamiętam do końca swych dni. Do dziś, kiedy o tym myślę, nachodzą mnie wyrzuty sumienia. Byłam wówczas mocno sprowokowana, jednak wiem, że nie zdałam tego testu. Moja reakcja była spontaniczna i skuteczna, po niej nadszedł drugi test. Był to test wybaczania. Miałam zawsze , i mam nadal, łatwość wybaczania innym, lecz nadal mam trudność wybaczania sobie.
Wybaczanie, a najbardziej jego brak jest zarazą, to jest choroba wielu ludzi, lecz , jeśli nie wyleczona, to może sprawić, że nasze żcyie stanie sie piekłem, które sami sobie stworzymy. Dlatego warto jest być w harmonii, trzymać wodzę nad emocjami. Nie dać się prowokacjom, sugestiom, czy namowom. Warto jest powtarzać sobie mantrę : " jestem spokojny, jestem w harmonii ze wszystkimi i wszystkim".
Zdrowe emocje ułatwią nam życie w każdym jego aspekcie. Dadzą nam możliwośc budowania silnych, żdrowych relacji z ludźmi, a to poprowadzi nas do pozyskania coraz to większych sukcesów osobistych, zawodowych. Zdrowe emocje to radośc życia.
Trudno jest uwierzyć wszystkiemu z opowiadań innych. Ludzie z resztą nie są wylewni na temat obcowania z chorym. Każdy człowiek znosi chorbę inczej, jak również osoby na codzień obcujące z chorymi nie chcą mówić. Ale mówić trzeba. Trzeba wyzuć z siebie ból, współczucie, złość i żal.
Współczujemy chorym, ale nie bierzemy pod uwagę ludzi zdrowych. Ich stanu psychicznego, i siły i wiary. A to właśnie opiekunowie, ludzie najbliżsi chorym są tymi, wyjątkowymi bohaterami.
Ludzie chorzy na nowotwór rownież przezywają swoją chorobę różnie. To też inaczej wygląda , kiedy stoimy z boku. Cierpienie, bo tak to trzeba nazwać , jest ogromne. Kiedy chory jęczy i zwija się z bólu a my nie jesteśmy w stanie nic zrobić, patrzymy na cierpiącego ze złością na samych siebie, z bezradnością i ogromnym bólem jesteśmy świadkami powolnego odejścia.
To już osiem miesięcy borykamy się z chorobą Andrzeja, która niby nie rozprzestrzenia się, a jednak, on cierpi i powoli..... odchodzi...... Oddala się ....... myślami, i nie tylko.... Wszystko wydawać się było świetnie, aż tu nagle, pojawiły sie chilowe zaniki pamięci, następnie dziwne wypowiedzi, niechęc do życia, ogromne spowolnienie, brak apetytu. W ciągu miesiąca stracił 10 kg wagi. To było tak smutne.! Byliśmy w Polsce, bo chciał jechać do Częstochowy, ale był zbyt słaby na taką wyprawę. Całe dnie spędzał w łóżku. Bolą go żyły w nogach i rękach. Kiedy poszedł do okulisty wymienić okulary, okazało się, że ma jaskrę.
Po powrocie do domu wzięłam go do lekarza, zrobiono mu badania. Okazało się,że guz nadal jest mały, ale w mózgu są ślady wylewów. To może być powodem jego odchyleń. Stwierdzono,że jego żyły są w 40 % zablokowane. Skierowano go do specjalistów, teraz czekamy , co dalej. lekarz skierował go również na USG, tam stwierdzono skrzep krwi w płucach. teraz bierze zastrzyki. Za chwilę idzie na tomokomputer głowy aby zbadać co dzieje się tam.
Ograniczony w ruchu, ciągle je i śpi. Sterydy powowdują,że jest bardzo agresywny w stosunku do mnie, co powoduje u mnie ogromną frustrację. Obelgi, wyzwiska, powtarzanie tych samych słów i zdań dzień i noc, doprowadza mnie do ostateczności. psychicznie to ja chyba jestem bardziej wykończona niż on. Ewidentnie złośliwy. Kiedy spytałam o to lekarza, usłyszałam, że to normalne. Ale jak to wytrzymać takie "cięgi słowne", jak to znieść??? Jedynie zacisnąć zęby i trwać. Cierpliwość jest tutaj na najwięszej próbie. Muszę to wytrzymać. Musze!
Jest ciężko być świadkiem cierpienia ludzkiego, szczególniejeśli jest to ktoś tak bliski, ale nie można pozwolić sobie na płacz, trzeba trwać.
Już dawno nie pisałam, czas mnie ciągle goinił, mimo,że nie wyjeżdżam służbowo. Jednak stała opieka nad chorym mężem i radzenie sobie z jego zmianami nastroju, sprawiło, że nie potrafiłam skoncentrować się nad pracą. Wena pisania i nie tylko, opuściła mnie na kilka tygodni.
W dodatku przeziębienie, trzyma mnie już trzeci tydzień i nie widać większej poprawy.Do tego stopnia, że straciłam głos na kilka dni, a i teraz nie do końca jest dobrze. W niwecz poszły moje plany nagrania kilku krótkich filmów i prezentacji.
Ostatni miesiąc upłynął pod wpływem stresu i wizyt do szpitala. Mąż przechodził badania po leczeniu, i ostatnią sesję radioterapii do głowy. To sprawiło, że jego humor, był mocno nadszarpnięty tymi zabiegami i problemami z poruszaniem sie o własnych siłach. Nie mógł przejść samodzielnie dłuższego dystansu bez siadania. Po dziesięciu metrach musiał usiąść aby odpocząć, ponieważ ból w dolnych kończynach , nie
pozwalał mu na ruch. W tym samym czasie mieliśmy bardzo ciepłą pogodę, co sprawiało,że ja nie czułam się dobrze. W samochodzie poruszaliśmy się przy otwartym oknie, ponieważ Andrzej tak zdecydował i nie dał sobie powiedzieć, że przewiew ułatwi nam przeziębienie. Skutkiem jest to, że i on jest przeziebiony, ale do lekarza iść nie chce.
Jego zachowanie było karygodne, chamskie i poniżające, szczególnie w stosunku do mnie. Naszym najbliższym znajomym, też się dostało, ponieważ Andrzej musi postawić na swoje. Często musiałam interweniować w argumentach pomiędzy nimi, co oczywiście kończyło się obelgami w moim kierunku.
W drodze do szpitala, codziennie i przez całą drogę słuchałam wyzwisk, przekleństw i złośliwych , upokarzjących uwag wstosunku do innych użytkowników dróg, co ponownie przekładało się na mnie.
Trudno jest mi opisać dokładne cytaty, ponieważ nie przejdą mi one pod palcem. Moje uczucia jednak były tak przygnębiające, że po każdej wizycie byłam wyczerpana, zdegustowana i wściekła. W końcu zecydowałam się nie reagować. W milczeniu, pokonywaliśmy trase do z ze szpitala. Po drodze wstępując na jakieś jedzenie, ponieważ Andrzej miał kaprys i nie chciał jeść w domu obiadów. Więc jeżdziliśmy do Macdonalds, KFC, lub do centrów handlowych, gdzie korzystaliśmy z restauracji lub barów. Dla niego, wszystko sprawiało przeszkody. Złe spojrzenie, lub to, że musiał sobie pokroić steka lub rybę.
W domu, złościł się, że musi wstać do łazienki. Leżąc przed TV , złościł się na programy, już nie mówiąc o wiadomościach i politykach.
Któregoś dnia, miałam krótka romowę pisemną na Facebook z koleżanką. Kiedy zapytała co u mnie, odpisałam, że "jestem wsiekła, psychicznie wykończona". Bo tak było, nie miałam sił na działanie w sprawach ważnych dla mnie. Czułam niechęć, niemoc i brak motywacji.
Jednocześnie zdawałam sobie sprawę z tego,że muszę coś robić, że nie mogę pozwolić sobie na kompletne załamanie. A już szło w tym kierunku.
Teraz, mimo choroby, czuję, że wracam do życia. Wreszcie zaczęłam działać. I motywuję się każdego dnia do jeszcze większego wysiłku. Wiem, że mogę i chcę zrobić to, co sobie obiecałam.
W trakcie tych dni, starałam się uczyć.Dużo czytałam, co pomogło mi nie zwariować. Wiele zrozumiałam i wiele się nauczyłam. teraz chcę tę naukę wykorzystać w dobrym kierunku, który sobie już obrałam dwa lata temu. Mój cel jest gotowy , pozostaje akcja. Modlę sie o to, aby moje cele stały się rzeczywistością. Wierzę, że te cele są połączone z celami wspaniałych ludzi, z jakim współpracuję.
Wiem,że nie jestem sama, bo mam obok siebie tę grupę wspaniałych ludzi, moją kochaną przyjaciółkę, oraz bliskich znajomych i rodzinę.
Wiem, że Bóg jest przy mnie i czuwa. Ja muszę działać.
Nowe miejsce, nowy świat, wydaje sie być naszym wyzwoleniem.
Nowe życie, nie wyzwala nas od starych przekonań, nie pozwala nam
Zostawić naszego bagażu , tam, z kąd przybywamy. Mamy go nadal.
Niczego
nie da się ot tak, porzucić, lub zapomnieć. Trzeba to załatwić
I
zamknąć. Inaczej ciąży na naszych barkach przez życie......
Reading
, na zachód od Londynu, miasto nie wielkie, położone nad Tamizą i na trasie z
Londynu do Oxford. Nic specjalnego, w moim pierwszym odczuciu, i tak pozostało
do dziś. Są miejsca, które przyciagają człowieka od pierwszego wejżenia, ja
jednak nie czułam się dobrze w tym mieście. Może też dlatego, że widywałam tam
samych starszych ludzi, kiedy zabrano mnie do Klubu Polskiego, stwierdziłam, że
nawet moi rodacy są jacyś dziwni. A może, to był problem ze mną, może to ja
miałam błędne oczekiwania w stosunku do innych?Jeszcze inaczej. Czy to poprostu
był wynik moich porównań do ludzi, których znałam?
Znajomi mojego wujostwa, przychodzili i
pytali, jak tam w Polsce? Narzekali na system polityczny w Kraju, a tak
naprawdę nic o nim nie wiedzieli. Byli to z regóły bardzo prości ludzie,
pochodzący z kresów. Terenów, które po wojnie zostały oddane Sowietom. Na
porządku dziennym były mowy o walce by odzyskać Lwów i Wilno. Wielu z nich nie
miało pokończonych szkół, wojna im przeszkodziła. Inni połączeni po
długoletnich rozłąkach, pogubili się nieco w swoich zapatrywaniach. Bali się, o
utratę swojego dorobku. Żyli bardzo skromnie odkładając każdy funt gdzieś w
skarpetke miast do banku. Nie wierzyli bankom. Porzeliczali swój dorobek i swoją wartość na pieniądze a nie na to czym są i co sobą reprezentują. Obserwowałam
ich przez pierwszy tydzień mojego pobytu, a to odwiedzajac ich z moją Ciotką i
wujem, lub też w czasie ich wizyt u nas. Tematy poruszane, to kto jaki ma dom,
ile ma pieniędzy odłożonych, kto się rozwiódł, kto się z kim zszedł. Kto nie
wyjdzie za mąż za biedaka, lub swatanie osób przyjeżdżąjacych z Polski, za
pieniądze.Żadna z tych rzeczy nie była w moim interesie. Moje zapatrywania
wtedy były inne. Owszem chciałam wyjechać z wiadomych już powodów, ale nie było
w moim planie , wychodzić za mąż po to aby się tylko zostać. Czyli za papier.
Nie bylo to ani w moich zamysłach, ani też w moim wychowaniu. Czułam się z tym źle, myśląc o tym, a co dopiero to zrobić.
Kiedy moja mala ciocia powiedziala mi, ze
ma dla mnie kandydata na meza, myslalam, ze sie zapadne. Ona sobie juz upatrzyla
kandydata, nie myslac o tym, co jam mam do powiedzenia. Byla to bardzo uparta
osoba. Mowia, ze mali ludzie maja duzo ikry w sobie. Ola, takie bylo jej imie,
byla niska, juz bardzo posiwiala osoba, i to ona miala glos w domu. Zauwazylam,
ze wujek, bardzo spokojny z natury, rozbil wszystko, aby ona nie miala powodu
do zlosci w stosunku do niego. Jej urokiem bylo to, ze lubila spiewac, a
poniewaz miala zeza, nigdy nie wiadomo bylo, na kogo spogladala. Ola miala tez
zlabosc do nalewek. Wlasnorecznie robila nalewke na spitytusie z aloesu.
Uprawiala ten kaktus na duza skale, majac duza altane, zastawiona doniczkami
tej rosliny. Wiec, scinala liscie, kroila je na male kostki, nastepnie zalewala
je spirytusem i pozostawiala to na jakis czas. Kiedy nalewka juz byla gotowa.
Stawial sobie butelke do malej komody w jadalni i co jakis czas, mniejwiecej co
godzine, podchodzila do tej komody, i nalewala sobie kielonek. Kiedy jej nikt
nie widzial, wypijala to jednym tchem, ale kiedy widziala, ze ktos moze ja
widziec, pila po polowie, tlumaczac, ze nalewka pomaga jej w trawieniu.
Wujek Stan, byl bardzo spokojnym i dobrym
czlowiekiem. Cale zycie pracowal na budowach, dojezdzajac do Londynu. Kiedy
poszedl na emeryture, zaczal troche chorowac. Miewal czeste dusznosci.
Wynikaly one z tego, ze w ich domu byla
wilgoc, ale nie bylo mozliwosci zrobienia czegokolwiek, poniewaz ciocia
twierdzila, ze wszystko jest dobrze. A Stan nie mial juz sil sie sprzeciwiac. I
tak, Ola stawala sie coraz bardziej kaprysna i wymagajaca co do oszczednosci.
Pewnego dnia, zapytalam Ole :”Ciociu, dla kogo wy oszczedzacie?Przeciesz nie
macie dzieci. Wiec dlaczego sobie nie pozwolicie na lepszy telwizor, lub na
wyjazd na urlop”. “ Nam telewizor nie jest potrzebny, a wujek nie chce nigdzie
jechac. “ , “Ciociu, wujek chetnie
pojedzie, tylko ciocia musi tez chciec”. “ A gdzie bedziemy jechac, jak
wszedzie drogo?”. “Ciociu, raz na rok, to nie jest az tak, a wy juz macie swoje
lata i nalezy je wykorzystac na podroze”. Ola spojrzala na mnie swymi rozpelzajacymi
sie oczyma i odwrocila. Wyszla do innego pokoju. To swiadczylo, ze nie ma o
czym rozmwaiac.
Cocia zdecydowanie nie tolerowala nic, co
jej nie odpowieda. Szkoda tego wujka, ale coz? Nie moglam tego zmienic. Tak
wiec pozostalo tylko obserwowac bieg wydarzen i ewentualnie pocieszac wuja w
zlych chwilach. Czesto siadalismy sobie przy stole, i wujek czytal gazety po
angielsku, tlumaczac mi znaczenie
artukulow, ktore czytal. Cieszyl sie, ze ktos go sluchal i mogl rozmawiac z nim
na rozne tematy.
Po niecalych dwoch tygodniach mojego
pobytu w Reading, Ciocia zabrala mnie na tygodniowa wizyte w Rochdale, na
polnoc od Londynu. Jechalysmy pociagiem do Manchester a z tamtad autobusem do
Rochdale. Tam byla kuzynka Oli, Natalia mieszkajaca w Anglii od czasow wojny.
Byla to bardzo wesola i spokojna osoba. Rowniez niska, o czarnych krotkich
wlosach i duzych okularach na nosie. Natalia okazala sie byc bardzo mila i
wyrozumiala osoba. Mieszkala w bardzo skromnym domu zseregowym, z dwoma
synami:Wlodkiem i Michalem. Zaden nie umial po Polsku, za wyjatkiem malego
zasobu jezyka Ukrainskiego. Jej najstarsza corka, Ala, mieszkala na przeciw , w
innym szeregowcu. Ala wyszla za maz za Wlocha, Nuno, ktory byl wspanialaym ,
kochajacym mezem. Mieli dwoch synow:Karola i Filipa, obydwaj bardzo
sympatyczni. Mieli dziesiec i dwanascie lat, kiedy ich poznalam. Poniewaz obaj
lubieli grac w pilke, dolaczlam sie do nich, co ich bardzo zadawalalo, gralismy
godzinami, ale nie bylo mowy aby sie dogadac. Oni nie rozumieli mnie, a ja ich.
Potrafila tylko powiedziec “No” – Nie. A to sprawialo, ze nie mogli uwierzyc,
ze tylko tyle umie.
Moja nowo poznana rodzina, byla bardzo
sympatyczna, polubilam ich ogromnie, i nie chcialam wyjezdzac. A Ala zaczela
rozmawiac z Ola, na temat przedluzenia mojego pobytu u nich. Ola sie na to nie
zgadzala. A ja nie bylam w stanie podjac decyzji, poniewaz bylam tylko gosciem
w tych stronach. Miasto podobalo mi sie bardziej nic Reading, inaczej
rozlozone, bardziej czyste i kolorowe. Interesujace centrum, duzy park, mieszczacy
sie na kilku poziomach. A kiedy zabrano nas do Ukrainskiego Klubu, atmosfera
byla rowniez o wiele milsza niz ta w Polskim Klubie w Reading. To mnie bardzo pociagnelo. Inni
ludzie inne rozmowy, wesole nastawienie. Z ogromnym wiec zalem wyjezdzalam z
tamtad, przy dzwieku szlochow mojej dalekiej kuzynki i jej mamy. Obiecalm im,
ze jak sie nadarzy okazja, to odwiedze ich ponownie.
W
drodze powrotnej, przesiedzialam cal podroz milczac. Rozmyslalm o tym co mialo
miejsce w ostatnim tygodniu. Myslami wracalam do kazdej chwili tam spedzonej,
bojac sie tego co bedzie po powrocie do wujostwa. Myslalam: “ Jeden kraj, a dwa
swiaty , zupelnie sie rozniace i daleko odbiegajcy od sibie ludzie. “ . Tak
wlasnie, to wydawalo sie byc trudne do zrozumienia, ale faktycznie tak bylo.
Poludnie – Polnoc, roznica kilkuset kilometrow, a dwa odrebne swiaty. Na
polnocy, ludzie o wiele bardziej skromni, zyczliwi i wyrozumiali. Na poludniu,
zagonieni, myslacy tylko w kategoriach materialnych. Inni nie mieli znaczenia,
mozna ich zdeptac i nikt sie nie obejzy. I te opinie wiozlam ja, osoba, ktora
zaledwie byla tam kilka dni. Przerazala mnie mysl, jak ja sobie poradze? Jednak
w tym samym czasie, nie myslalm o tym aby wrocic do Polski. Tam nie bylo
powrotu, nie wchodzilo to w rachube. Patrzylam w okno pociagu, myslac, nie
widzialam wiele z krajobrazow po drugiej stronie okna. Moje mysli byly
skoncentrowane na tym, co musialam zrobic. Musialam?Czy tez chcialam. A to
roznica. Innym zmartwieniem byla kwestia wytrzmalosci z Ola. .......
W ostatnich artykułach pisaliśmy wiele na temat choroby nowotworu i sposobu, w jaki sobie radzi auto tych artykułów.
Dziś, w kolejnej lekcji Życia, chcemy poruszyć drobny szczegół. Tak drobny,że naprawdę nie wiele osób, o tym myśli.
W rzeczywistości jest to jeden z najważniejszych szczegółów naszego życia. Mianowicie, jak zabezpieczyć rodzinę na wypadek choroby, lub nagłego wypadku.
Młody człowiek nie myślał i często nadal nie myśli o zabezpieczeniu samego siebie, jak i jego krewnych na wypadek choroby, lub trwałej utraty zdrowia. Ten ewenement istnieje nie tylko w Polsce, ale i na całaym świecie. Można powiedzieć, że to norma. Niemniej jednak, warto jest odstąpić od normy i zapewnić naszym bliskim bezpieczeństwo , szczególnie, aby w razie czego nie obciążać nikogo dodatkowymi kosztami.
Pęd życia, jaki obecnie istnieje, stworzył i nadal stwarza nowe zagrożenia, większość ludzi jest tak zagoniona zarabianiem pieniędzy, że zapomina o zachowaniu ostrożności. Dochodzi do wypadku, lub zachorowania, i..... okazuje się, że rodzina nie jest w stanie pokryć kosztów leczenia, pogrzebu etc. Nie mówiąc już o spłatach kredytów, i innych zobowiązań.Podam kilka przykładów. Młoda rodzina, z dwojgiem dzieci. Mąż pracuje na budowie, żona pozostaje w domu, wychowując dzieci. Żadno z dzieci nie przekroczyło jeszcze dziesiątego roku życia. Nikt z rodziny nie myślał o ubezpieczeniu. W końcu, byli jeszcze młodzi. Pewnego razu, żona otrzymuje wiadomość, że mąż miał wypadek w pracy. Cięzko ranny, przebywał w szpitalu. Po wyjściu ze szpitala nie było mowy o rychłym poworcie do pracy. Rodzina została bez środków do życia. Rachunki trzeba jednak opłacić. Życie tych ludzi uległo całkowitej zmianie. Nagle żona, staje się jedyną osobą zdolną do pracy. Znajduje pracę, ale to nie starcza na wszystko, ponieważ mimo,że nadal jest tylko jedna osoba pracująca, do rodzinnych wydatków doszedł koszt leczenia męża. Stress , żal, pytania..... "Dlaczego?", dodają większej powagi sprawie. Dziś , zapytana, żona powie : " Zostałam agentem ubezpieczeniowym, ponieważ pragnę aby ludzie nie popełnili tego samego błędu, co my".
Inny przykład: Starsze już małrzeństwo, ze względu na pracę, rozdzieliło sie trochę. Żona pozostała w domu, w miejscowości, gdzie posiadali dom, ponieważ miała pracę.Mąż natomiast nie mógł otrzymać pracy lokalnie, dojeżdżał ponad sto kilometrów, więc w trakcie tygodnia zamieszkiwał u pracodawcy,a na dni wolne wracał do domu. Któregoś dnia, wyjechał w drogę i miał wypadek, wskutek tego wypadku, stracił nogę. Żadnego ubezpieczenia, bez pracy, pozostał na utrzymaniu żony. Obciążenia finansowe są bardzo duże. Ich standard życia uległ ogromnemu obniżeniu.
Co by się stało, jeśli te dwie rodziny miały ubezpieczenie? Po pierwsze, nie mieliby stresu, lęku o jutro, ani też podobnych zmartwień. Dobre ubezpieczenie, zapewniłoby im godziwy sytandard życia.
Coraz więcej ludzi choruje na nowotwór, koszt leczenia jest ogromny, ponieważ osoba pracująca musi zawiesić swoją działalność zawodową na pewien okres, ponieważ zajmujeśię chorym. Szczególnie, jeśli mówimy o ludziach nie posiadających rodziny. Choć czasem i w rodzinie może zabraknąć opieki. Co wtedy??? Kto pokryje koszt jaki jest związany z leczeniem. W zależności od rodzaju nowotworu, moga to być dziesiątki tysięcy złotych. W pędzie naszego życia nie myślimy o bezpieczeństwie, ponieważ nasze myśli okupowane są tylko zarabianiem pieniędzy. A co, jeśli nie udało nam się odłożyć dziesiątek tysięcy w banku? Co jeśli nie mamy nawet dziesięciu tysięcy? Leczenie nowotworu to kwestia czasu, i to nie tylko kilku miesięcy, czasem jest to kilka lat. W Polskich warunkach, brak posiadania ubezpieczenia, oznacza spore obciążenie finansowe. Dlatego warto jest zatrzymać się i pomyśleć o bezpieczeństwie.
Kwestia kilkudziesięciu złotych miesięcznie, dla młodej osoby, lub kilku set złotych dla osób starszych to warta inwestycja. Dobry Agent Ubezpieczeniowy zapewni taki program, który będzie służył dla każdego. Zapewni, że klient będzie miał odpowiedni produkt dobrany specyficznie do potrzeb klienta. Warto planować , warto być zabezpieczonym na taką ewentualność.
Kilka dni temu rozmawiałam z osobą chorą na nowotwór. Zapytałam czy ma ubezpieczenie. W odpowiedzi usłyszałam : " Niby każdy człowiek żyje z wyrokiem śmierci na karku, ale o tym nie myśli, do momentu, ..... kiedy jest już za późno. To właśnie spotkało mnie. Ale nic już na to nie poradzę."
Pokiwałam głową, ponieważ zanm takich wiele przykładów. Polska nie posiada jeszcze takich możliwości aby wsperać fiansowo ludzi w takich sytuacjach. Nie ma też gwarancji, że kiedykolwiek sytuacja się polepszy. Dlatego trzeba brać sprawy w swoje ręce i działać. Uczyć się na błędach innych, aby nie wpaść w podobne tarapaty.
Życzę wszystkim dużo zdrowia i poczucia bezpieczeństwa.
Uczucie wpisane w
każdego z nas, tyle, że w kieracie codziennego życia , nikt z nas tego nie
odczuwa, bo o tym nie myśli. "Bieg" wykonywany przez każdego z nas,
począwszy od najmłodszych lat naszego życia, i umysł zajęty myśleniem o tym, co
następne nie pozwala nam myśleć o tej niepewności jutra. Dopiero, kiedy stajemy
przed faktem dokonanym, to znaczy, kiedy np: lekarz mówi nam, że mamy przed
sobą tylko kilka miesięcy życia, a w najlepszym wypadku...... może ..... dwa
.... lata..... uświadamiamy sobie, że jutro może nigdy nie nastąpić.
Kilka dni temu,
znalazłam na wyszukiwarce forum ludzi dotkniętych chorobą nowotworu. Głównie
wpisy były tam od osób opiekujących się chorymi. Przyznam, że do tej pory nie
miałam zielonego pojęcia, o uczuciach, z jakimi ci ludzie sie borykają. Dla
mnie osobiście, wydawało się, że jestem na tyle silna, aby spokojnie przejść
przez stadium leczenia i dalej. teraz widzę, że moja pewność była ogromnie
optymistyczna. To jest dopiero początek naszej długiej drogi do pełnego zdrowia.
Mówię naszej, ponieważ tak naprawdę to obydwoje chorujemy. To znaczy, chorym na
nowotwór jest Andrzej, ja tylko się nim opiekuję. Niemniej jednak można
powiedzieć, że obydwoje jesteśmy pacjentami, bo towarzyszę mu w każdym momencie
tej choroby.
Dwa razy dziennie
jesteśmy w szpitalu na zabiegach radioterapii, raz w tygodniu spędzamy
praktycznie cały dzień w szpitalu ponieważ rano jest radioterapia, potem
pobranie krwi, badania i rozmowa z konsultantem oraz druga sesja radioterapii.
Szpital przyjmuje ponad 1200 osób dziennie tylko na tym jednym oddziale, więc
czasem trzeba długo czekać. Pacjent jak Andrzej, jest niesamowicie
niecierpliwy, denerwuje siebie i
opiekuna. Złość jaka wychodzi z takiego pacjęta jest niesamowita. Dla
kogoś wrażliwego to piekło. W moim przypadku, to ciągłe strofowanie. Podczas
jazdy samochodem, ciągłe uwagi: "Za szybko, za wolno, źle itp". Przy
każdej okazji sypią się wyzwiska na innych kierowców, a to na obsługę szpitala,
jak za długo się czeka. W domu, jedzenie nie smakuje, za zimne, za gorące, nie
dogotowane itd itp. Stress w jakim się żyje, i ta niepewność jutra, napiętrza
się z każdym dniem.
Dla mnie jest to
ogromne obciążenie psychiczne ponieważ wiem, że on trzyma w sobie ogrom złości
i żalu, nie tylko do mnie, ale również do innych osób, łącznie z samym sobą.
Jest zły na siebie, a jednocześnie czuje się bezsilny. Tymbardziej kiedy nogi
odmawiają mu posłuszeństwa z bólu. Do tego wszystkiego dochodzi też głód na
papierosy, bo przestał palić od kiedy dowiedział się o chorobie. Kilka dni
temu, dał mi tak mocno do "wiwatu", że o mały włos powiedziałam mu,
że go zostawię samego, ale nie mogłam się zdobyć na odwagę. Natychmiast dopadły
mnie wyrzuty sumienia. Z drugiej strony jednak moje milczenie dało mu więcej
poczucia, że ja się go boję, co powoduje, że czuje się teraz bardziej
silniejszy.
Jestem zmęczona
fizycznie i psychicznie, a to zmęczenie powoduje, że moje poczucie przyszłości
jest zachwiane, a nie mogę sobie na to pozwolić. To ja muszę teraz, bardziej
niz kiedykolwiek, zadbać o to, że moja przyszłość jest zapewniona. Że mam za co
żyć, bo tak się złożyło, że nie jestem. Andrzej nigdy nie chciał wziąć
ubezpieczenia na życie, więc w razie jego odejścia, zostaję tylko z tym, o co
sama zadbałam. Tylko z moimi iwestycjami, o które sama walczyłam i tylko one są
gwarancją tego, że moja emerytura będzie większa. Tutaj, słowa przestrogi dla
wszystkich. zapewnijcie sobie ubezpieczenie na życie, ubezpieczcie też swoje
pochówki (koszty pogrzebowe), bo może nadejść chwila, kiedy będzie za późno.
Nie obciążajcie swoich bliskim dodatkowymi kosztami. Ubezpieczenie to bardzo
ważna sprawa dla każdego z nas bez względu na wiek. Im szybciej
zaczniemy płacić na ubezpieczenie tym lepiej.
W takich
sytuacjach nie łatwo też kontynułować pracę zawodową, to znaczy, że w takiej
chorobie, zarówno chory jak i jego opiekun i najbliższa rodzina, mają
przewrócony świat. Wszystko oparte jest na osobie chorej. Często, zdrowa osoba
musi przestać pracować aby zająć się chorym. To wiąże się z dużym obciążeniem
finansowym, dlatego ważne jest aby ubezpieczenia istniały, bo wówczas nie ma
dodatkowego stresu. W moim przypadku, jestem zmuszona do zawieszenia aktywności
zawodowej do minimum. Lekarz rodzinny zapewnił nam pielęgniarki, które
odwiedzaja chorych w domu, ale to nie wystarczy, trzeba być przy chorym całą
dobę a pielęgniarki środowiskowe przychodzą raz na miesiąc. Kiedy nie posiada
sie rodziny, człowiek zdany jest sam na siebie, chyba, że ma się wspaniałych
przyjaciół, którzy są tuż obok i chętnie pomagają w potrzebie.Mam to szczęście
i ogromny przywilej poziadania wokół siebie wspaniałych ludzi, którzy są przy
nas i służą pomocą, poświęcając czas na to aby być z nami. To wielkie bogactwo
jest błogosławieństwem.
Poczucie
niepweności to rzecz jaka złatwościa potrafi się wedrzeć w poczucie
bezpieczeństwa, dlatego ważne jest aby umieć od tego poczucia odejść i skupić
się na aspektach pozytywnych. Trzeba umieć się wyciszyć i oczyścić myśli, bo
wiara i pozytywne nastawienie to dwie podstawowe rzeczy, jakie pomogają przetrwać
w tych trudnych chwilach. Szczególnie, kiedy musimy być silni i pozytywni za
siebie i chorego. Wiem i wierzę, że przetrwam to wszystko i wyjdę obronną ręką,
bardziej doświadczona i bardziej wdzięczna niż teraz. Oczekuję sukcesu, zdrowia
i wierzę, że zdam ten trudny egazmin wytrwania i wiary oraz wdzięczności.
Wszystko jest w
rękach nas samych i Pana Boga.
Mam nadzieję, że
jeśli Ty, drogi czytelniku masz potrzebę wypowiedzenia się, lub zwierzenia się,
to napiszesz do mnie i wymienimy się doświadczeniami, tym samym dając sobie
wsparcie.
Dwa tygodnie
temu, weszłam do sklepu w okolicach Kartuz. Sprzedawczyni , Pani w moim wieku,
wyglądała na bardzo smutną. Ze smętną miną mnie obsłużyła.... spojrzałam na nią
i pytam; "Co Pani taka smutna?" . Ta spojrzała na mnie i wycofując
się nieco w głąb sklepu odpowiedziała: " Aaaa, wie pani, życie jest takie
ciężkie, ciągłe kłopoty, kryzys, człowiek się tylko męczy...". Ja na to:
" Jaki kryzys? Wie Pani co, ja mieszkam za granicą, tam widać jest kryzys
bardziej niż tu, ale nikt nie mówi o kryzysie. Ludzie robią swoje i bawią się.
Nie myślą o sprawach negatywnych. Powiem pani jeszcze jedno. Ja drugiego
stycznia wylądowałam w szpitalu, w tym samym czasie, mój mąż został
zdiagnozowany z nowotworem. Można powiedzieć .... tylko usiąść i płakać... Ale
my się nie poddajemy, myślimy pozytywnie i żyjemy dalej z myślą, co ma być to
będzie". Kobieta spojrzała sie na mnie ze współczuciem i powiedziała :
"Tak, ma pani rację, trzeba mysleć pozytywnie". Wie pani co, poradzę
pani takie zdanie: " W dzień i w nocy wszystko mi sprzyja. Niech pani to
powtarza kilkanaście razy dziennie. Zobaczy pani jak będzie".
Podziękowałam jej i wyszłam.
Jeden z moich
ulubionych autorów napisał : "Pasja, to pierwszy krok do bogactwa".
Dlatego ja
postanowiłam żyć z pasją, wdzięcznością, wiarą i motywacją.
Życzę wszystkim
wiary i wytrwania we wszystkim co czynią.
„ Jedna z dźwigni, jakie są nam dane na
naszą drogę życia, w celu skorzystania z niej na dalszą drogę i działanie przez
wszystkie etapy, jakie przechodzimy. Każdy etap ma swój początek.”
(NN)
Życie, to wielka
nie wiadoma, lecz jeśli umiemy
Być
w zgodzie z sobą, pokonamy wszelkie bariery......
(Rumi)
Byłam szóstym poczętym dzieckiem moich
rodziców. Przeciętna rodzina robotnicza, w Polsce. Rodzice przeżyli Drugą Wojnę
Światową, będąc jeszcze bardzo młodzi, jak wielu ich rówiesśików.
Dziś wiem, że moje poczęcie, było raczej długim
oczekiwaniem. Po wybraniu rodziców, czekałam, aby oni się zdecydowali, kiedy
mogę wreszcie wejść do łona mojej przyszłej matki. Wreszcie, stało się.
Z urodzeniem, nie było większych problemów,
jak opowiadała mi moja matka, wyskoczyłam na zewnątrz. To , pamiętam rozśmieszyło
mnie, kiedy o tym rozmawiałyśmy.
Bardzo miło wspominam dzieciństwo, mając
wielce religijnych rodziców, kościół był zawsze blisko. Bo po przeciwnej
stronie drogi. W tamtych czasach ludzie przemieszczali się za pracą, i tak było
z moimi rodzicami. Mieszkaliśmy tu i tam, aż wreszcie, kiedy miałam 2-3 latka,
osiedliśmy w stałym miejscu. Mała wieś pod Słupskiem, okazła się być już końcowym
miejscem bytu moich rodziców. Zmieniały się tylko domy, w których to mieszkaliśmy.
Ostatni, był to dom, a raczej mieszkanie w starej , poniemieckiej plebanii. Dziś
wiem, że była to pierwsza szkoła w tej miejscowości, tuż po wojnie, a część,
gdzie mieszkaliśmy, była wypełniona obornikiem z owiec. Pamiętam jak, mój
ojciec i najstarszy brat wynosili ogromne ilości obornika z pomieszczeń, które
miały stać się naszym domem. Była to ogromna radość dla calej rodziny. Piękne ,
wysokie pokoje, dużo miejsca. Dwa pokoje i kuchnia na dole, a jeden pokój u góry.
Przed domem dużo miejsca na zabawy, wiele pięknych drzew, które były pod ochroną.
Mając pięć lat , wspólnie z moim o pięć
lat starszym bratem dbaliśmy o nasz dom. Rodzice pracowali w pobliskim mieście,
a my dopełnialiśmy obowiązków domowych. Razem sprzątaliśmy, przygotowaliśmy
obiad dla całej rodziny. Mama była bardzo pedantyczną osobą, więc sprawdzała
naszą pracę bardzo skrupulatnie.
Wtedy, zapomniałam już o wydarzeniach, które
jak się okazało , miały i nadal mają ogromny wpływ na moje życie. Otóż, mając około
trzech lat, chodzilam z moim tatusiem w odwiedziny do pobliskiego sąsiada,
gdzie mój ojciec lubił posiedzieć na dyskusjach ze swoim sąsiadem. Obaj lubieli
przesiadywać przy kuchennym stole, zagłębiając się w długie dyskusje, a ja bawiłam
się przy nich, słuchając, lub bawiąc się sama.
Pewnego razu, kiedy tam byliśmy, był tam
też inny mężczyzna, który zabrał mnie na korytarz. W korytarzu, po prawej
stronie od wejścia były schody na strych. Tam przysiadł i wziął mnie za rękę,
poczym zaczął mnie dotykać po moim ciele. Nie rozumiałam wtedy niczego, bałam
się ogromnie, bo pokazywał mi palcem, że mam być cicho. Nie pamiętam już, czy
tego dnia , wyjął swego członka, czy było to następnym razem. Wiem tylko, że był
taki dzień, kiedy to nastapiło. Dziś , kiedy o tym pomyślę, widzę tą sytuację.
Pamiętam, że próbował mi go włożyć pomiędzy nogi, ale się spłoszył. Od tamtej
pory, nie chciałam już iść z ojcem do tych ludzi. Ale nie potrafiłam też wytłumaczyć
ojcu, dlaczego nie chcę z nim iść. Zostawił mnie w domu, co sprawiało mi radość,
że nie muszę widzieć tego gościa. Bałam się go panicznie.
Do dziś, nie potrafię sobie wytłumaczyć,
dlaczego nie umiałam wskazać ojcu, i wytłumaczyć co się stało. Po tylu latach,
niepamiętania, bo udało mi się to zablokować to w moim umyśle. Dziś coraz
częściej , widzę te sceny obrazowo. A to znaczy, ze nie dokońca jeszcze
wybaczyłam to temu facetowi, jak i samej sobie. Dziś z całą pewnością mogę stwierdzić, że pod tym względem, czyli , pod względem wyjścia z takiej sytuacji, jestem "szczęściarą", ponieważ samodzielnie "wyleczyłam" się z tego koszmaru. Jestem też w stanie pomóc innym, pokonać koszmar rozpamiętywania się w traumie molestowania.
Nie wiem w jaki sposób, i nie pamiętam jak
to się stało, ale w krótkim czasie po tym wydarzeniu, moi bliscy sąsiedzi,
chłopcy, z pobliskich domów, zaczęli mnie molestować. Trwało to dość długo, bo
do czasu, kiedy już chodziłam do szkoły podstawowej. Początkowo bawiliśmy się wszyscy w chowanego, jak to dzieci, a potem przeradzało się to w molestowanie.
W końcu,nabrałam siły i odwagi.Postanowiłam, że będę ich unikać, i kiedy pojawiali sie w pobliżu, starałam się być zawsze w obecności kogoś starszego.
Sytuacja stawała się dla mnie stresowa,
ale nie mogłam się zdobyć na to, aby komuś o tym powiedzieć. Bałam się i wstydziłam się. Bałam się szyderstwa, niewiary, oraz sam nie wiem czego. Koncentrowałam się na nauce, przebywaniu w obecności osób starszych z mojej rodziny, bo tylko przy nich czułam się bezpiecznie. Pamiętam, że z tego powodu też nie brałam pod uwagę książek dla dzieci,kiedy zaczęłam
czytać, w bibiliotece nie brałam bajek do czytania, ale książki dla młodzierzy, tylko
dlatego, ze uważałam, że starsi nie mają takich problemówjak ja, więc książki, które
czytają dadzą mi bezpieczeństwo.
Po wielu latach udało mi się odłożyć te przykre zdarzenia na wysoką półkę i jakoś iść przez życie szkolne. Zajęłam się sportem, codziennie
przemierzając kilometry , na rowerze. Biegałam, grałam w piłkę, tenisa stołowego, badmintona . Sport stał się moją pasją. Każdą wolną chwilę spędzałam na rowerze, a to jeżdżąc wokół naszego kościoła, robiąc dziesiątki
okrążeń, każde coraz szybciej. Albo jechałam na pobliskie jezioro Gardno.
Innym razem grałam w piłkę nożną. Pasja sportowa obudziła się we mnie
niespodziewanie, podczas meczu piłkarskiego , Polska – Luksemburg, kiedy to Polacy wygrali
sześć do jednego. Narysowałam wtedy na kartce, wszystkie gole. To był dzień,
kiedy zaczęłam uprawiać sport.
W szkole podstawowej grałam w drużynie
piłki ręcznej, byłam bramkarzem, jak się póżźniej okazało, byłam najlepsza w szkole.
Uwielbiałam grać w piłkę ręczną, nawet odniosłam z koleżankami, kilka małych sukcesów. Lubiłam
też bieg na przełaj, gdzie wygrałam kilka ważnych imprez lokalnych. Pod koniec szkoly
podstawowej, wygralam konkurs Wiedzy o Polsce, co wprowadziło mnie w moje pierwsze
zapoznanie się z polityką.
Moim marzeniem wówczas było dostać się na studia prawnicze. Dlatego też w ósmej klasie szkoły podstawowej, pracowałam bardzo ciężko, ucząc się tak, bym
miała najlepsze oceny, które dałyby mi szanse pójścia do "Ogolniaka", co potem dałoby mi sznsę dostać się na studia prawnicze, lub medyczne. Umyśliłam sobie, że zostanę prawnikiem lub Chirurgiem. To drugie szybko odpadło, jako że zaczęłam mieć wstręt
do krwi. Moje marzenia rozwiały się na koniec roku, za pomocą jednego stopnia. Moja ocena z PO (Przysposobienia Obronnego) została zamieniona z tą słaszą mojego kolegi - syna Dyrektora szkoły. Dzięki tej ocenie i statusowi on poszedł do Liceum, a ja musiałam zadowolić się szkołą zawodową, ponieważ ta jedna trójka sprawiła to, że nie zostałam przyjęta do szkoły średniej........
Steve Jobs , nieżyjący już twórca Apple, był jednym z guru motywacji ludzi w biznesie, ale myślę, że jego wiara i motywacja ma odniesienie w każdej dziedzinie zycia. Ten film mówi sam za siebie, warto jest go obejrzeć i przemyśleć zawarte w nim przesłanie, a wtedy bardziej zrozumiemy .......
W ostatnich dniach na łamach stron internetowych, w mediach i portalach społecznościowych zamieszczano wiele dyskusji na temat ACTA, Tonalda Tuska, całego rządu oraz polityki w szerokim zakresie. Nawet niektórzy radni (nie wymienie nazwisk) załączali na stronach internetowych propagandowe artykuły, poniżające innych, wręcz krytykujące. Widząc i czytając niektóre nagłówki byłam bardzo poirytowana i chciałam coś napisać.... Jednak zdecydowałam, że nic nie napiszę ponieważ nie chcę brać udziału w negatywnych postępowaniach ludzi, którzy niczego nie rozumieją.
Czytając te wpisy, zastanawiałam się, nad tymi osobami i....... wybaczałam im ich ignorancję. W myslach mówiłam " Wybaczam ci twej niewiedzy". Ten rok jest rokiem szczególnym dla całej ziemi, jednak ludzie wypełnieni nienawiścią i żywiący się intrygą , zajmujący się tylko krytyką i narzekaniem, stwarzają tak wiele negatywności wokół. Tutaj przypomina mi się cytat, wielu znanych figur biznesu, polityki i trenerów na świecie, mianowicie to, że "Jeśli chcesz aby ktoś lub coś się zmieniło, zacznij te zmiany od samego siebie". Tak...... właśnie tak.... Dlatego też powtarzam sobie te słowa bardzo często.
Internet jest znaczącą częścią naszego dzisiejszego świata. Nie jesteśmy w stanie pracować bez korzystania z tego niekończącego się żródła wiedzy, informacji, a nade wszystko mozliwości kontaktowej, jaką nam umozliwia. Jednak, jak tradycyjne media, internet jest wykorzystywany do siania negatywnej informacji, która tak naprawdę nie odzwierciedla prawdziwej sytuacji jaka istnieje.Każdy środek przekazu masowego jest narzędziem do manipulacji emocjami człowieka. Co daje manipulacja? Otóż bardzo wiele! Kiedy wszyscy zajmują się tematem dyskusyjnym, takim jak ostatnio był temat ACTA, czy jest obecny rząd w Polsce, czy też na całym świecie, bo nie oszukumy się, to wszystko ma zasięg światowy. Więc kiedy ludzie na Facebook-u zajmują swój cenny czas wpisami na te tematy. W rzeczywistości zachodzi wiele bardziej istotnych rzeczy, o których się nigdy nie dowiemy, albo dowiemy sie o nich jak już będzie za późno.
Gra na emocjach człowieka zawsze dawała oczekiwane wyniki, dlatego jest to co jest. Ale moim tematem jest zmiana . Kochani, jeśli wy chcecie widzieć zmiany w waszym życiu..... w każdej jego dziedzinie, to te zmiany muszą się zacząć w was samych. Jeśli ja chcę zmian w moim życiu, muszę sama wprowadzić zmiany w sobie, a reszta zacznie się sama zmieniać. Od dawna postanowiłam , że nie oglądam telewizji, nie czytam gazet, nie wczytuję się w artykuły, które mają zasięg negatywny. Zbyt wiele dzieje się wokół mnie bym miała czas na sprawy negatywne.
Każdego dnia wstaję rano z radością, dziękuję Bogu za wszystko co posiadam, za moje zdrowie, życie i ludzi, których mam wokół siebie. Jestem wdzięczna za każdą chwilę mojego życia. Jeśli jest coś smutnego, odwracam to na pozytywną ..... Bardzo pracuję nad tym, aby w moim otoczeniu znajdowali się ludzie pozytywni, wdzięczni, oraz chcący iść do przodu. Trzeba kochać siebie, mieć szacunek do samego siebie, a świat stanie się inny. Pamiętam, sześć lat temu przeczytałam w jakiejś publikacji sugestię. "Napisz na kartce dwa imiona ludzi tobie najbliższych. Odłóż tę kartkę na dziewięć miesięcy do szuflady. Po tym czasie zobaczysz, ktoz tych osób jest ci prawdziwym przyjacielem." Zrobiłam to ..... a..... po dziewięciu mniejwięcej miesiącach...... okazało się, że osoba, którą ja uważałam za najważniejszą w moim życiu....... była moim największym "wrogiem". Dlatego, po tym wydarzeniu zrozumiałam, że prawdziwe zmiany jakie zachodzą w naszym życiu, zaczynają się od nas samych.
Kiedy w 2003 roku skończyłam studia polityczne, postanowiłam, że natychmiast przestaję kupować prasę, czytać ją , czy też czytać na internecie. Od tamtej chwili, czytam książki o tematyce rozwoju osobistego, biznesu i wiedzy "tajemnej". Nie zajmuję się polityką, nie biorę udziału w dyskusjach na Facebook czy też innych forach. ten artykuł nie traktuję jako wywód polityczny, ale pragnę zwrócić jedynie uwagę czytelników tego bloga, że zmiana nastawienia jest ogromnie istotna. Ponieważ krytykowanie innych, poczucie żalu, nienawiści itp, sprawia, iż tworzymy sobie bardzo negatywną w skutkach przyszłość. Nie koniecznie dla samych siebie.... dodam..... bo jak Rosyjski naukowiec Sergiej Łazariew twierdzi, tworzymy "Karmę" dla naszych przyszłych pokoleń.
Myślę, że coś w tym jest..... wystarczy tylko zajrzeć w historię naszej Ojczyzny, ludzi.... Polaków. Wczoraj obejrzałam wywiad TVN z Jerzym Stuhrem, który jak wiemy walczy w chorobą . Powiedział on coś co mnie poruszyło. Mianowicie..... " Polacy lubią narzekać... ". Tak, to prawda, i.... dlatego ja nie dziwię się, że jest jak jest. Ludzie sami sobie tworzą te sytuacje a zwalają na innych. Tutaj trzeba zmian radykalnych, oczywiście! Ale nie tam, gdzie wszyscy wskazują..... TRZEBA ZACZĄĆ OD SAMEGO SIEBIE, a wtedy wszystko stanie się lepsze......
Życzę wszystkim, aby starali się myśleć o sobie, pokochali siebie, a wszystko stanie się bardziej miłe, lepsze, przyjemniejsze i weselsze. Zgaśmy polskie stereotypy, jakie ciążą na nas wszystkich. Nie ma ograniczeń poza nami samymi. To my sami jesteśmy sobie przeszkodą w drodze do naszego szczęścia.Mój ulubiony autor, Napoleon Hill mawiał : "Myśli to wszystko". To prawda, i wielokrotnie sama się o tym przekonałam. Nasze myśli tworzą to co doświadczamy w swoim życiu. Jeśli myślimy żle o innych, wszystko w naszym życiu idzie na opak. jesteśmy nieszczęśliwi, wszystko nam przeszkadza. Nic dziwnego, skoro to nasze myśli są twórcą naszej sytuacji.
Wydarzenia naszego życia są unikatowe, mamy tylko jedną szansę aby się uczyć i tworzyć pozytywną przyszłość dla siebie. Im spokojniej i harmonijnie żyjemy teraz, to na przyszłość będziemy mieli coraz lepiej. Jest bardzo łatwo mówić, ale znacznie trudniej wykonać, dlatego dobrze jest łączyć to wszystko w jedną całość i "żyć tak, aby nikt nie płakał".Ja chce zmienić swoje życie, mimo,że mam jeszcze wiele do zrobienia w sobie, muszę i chcę myśleć dobrze o sobie i wszystkich. Dlatego też uczę się codziennie od ludzi , z którymi się spotykam, rozmawiam, piszę.... Louis Hay jest jedną z moich ulubionych autorek, jej książka, bardzo często pomaga mi w zrozumieniu kwestii, których ja jeszcze nie wiem.
Codziennie staram się sobie przypominać taka ważną kwestię: "Ja jestem najważniejszą osobą w swoim życiu". Ja jestem kowalem swojego losu".
Codziennie też powtarzam sobie , że "Wszystko dzieje się zgodnie z porządkiem Najwyższej Opatrzności".
A jeśli przyjdzie ta chwila....... to..... będę gotów ..... i..... z pokorą przyjmę to co jest mi dane...... Bo wszystko jest w rękach Boga...
W ostatnich dniach otrzymuję wiele pytań związanych z tym, czy jestem gotowa na przyjęcie najtrudniejszych chwil i wiadomości. Tak...... odpowiadam . Ale ...... czy jestem gotowa? Tak naprawdę, nie. Ponieważ nie jesteśmy w stanie czasem mieć kontroli nad pewnymi rzeczami, ponieważ one i tak się wydarzą.
W duchu myślałam, że z pewnością jestem gotowa na potwierdzenie opinii lekarza z Polski, ale.... kiedy kilka dni temu lekarz konsultant powiedział nam, że w 90% jest to guz na lewym płucu Andrzeja, to moje emocje nie wytrzymały...... i..... łzy ciurkiem leciały mi po twarzy do tego stopnia, że nie mogłam mówić. Pomyślałam sobie wtedy, że moja bohaterska postawa padła na "pysk".
Doktora mina była bardzo smutna, sam nie wiedział jak to powiedzieć, z pewnością nie jest im łatwo, kiedy muszą ludziom przekazać takie wiadomości. Dr O`Donnell zostawił nam jeszcze nutkę nadziei, że guz może być niezłośliwy, ponieważ pobrana próbka płynu z płuca nie wykazała niczego. Tego samego dnia wysłano Andrzeja na Bronkoskopię i pobrano mu cząstki do badania aby upewnić się jaki to jest rodzaj guza. Jutro ma on specjalistyczny tomograf komputerowy, gdzie będą dokładnie mogli rozpoznać i pomierzyć guz. Tym razem musimy jechac do innego szpitala, ponieważ w mieście są tylko dwa takie tomografy. Jeden w Szpitalu Świętej Marii a drugi w szpitalu Christie, ten ostatni to znany na całym świecie szpital chorób rakowych.
Za dwa dni, będziemy mieli szczegółowe dane i decyzję, co dalej z leczeniem. Jeśli ktoś by mi powiedział w przeszłości, że to wszystko jest takie trudne, to uwierzyłabym, ale namawiałabym też do spokoju i pozytywnego myślenia. i wiecie co? Jestem pod ogromnym wrażeniem zachowania Andrzeja, który zawsze był negatywny, złośliwy i ciągle mnie strofował.
Przyjął tę wiadomość ze spokojem, aczkolwiek miał ogromną nadzieję, że nie usłyszy tej wiadomości jaką usłyszał. Niemniej jednak ta wiadomość wbiła go głębiej w krzesło na którym siedział. Nic dziwnego. Po rozmowie z lekarzem, jego asystentka zabrała nas do osobnego pokoju, gdzie rozmawiała z nami o dalszym badaniu. Zapytała, czy mamy jakieś pytania, po czym wyszliśmy. Mieliśmy jeszcze godzinę do badania, więc podjeliśmy decyzję, że pojedziemy na herbatę do miasta.
Nasz kolega czekał na nas i we troje pojechaliśmy do Bury centrum i tam spędziliśmy czas. Nie rozmawialiśmy wiele na ten temat, ponieważ nikt z nas nie miał na to ochoty, ani też siły.
Moja głowa była pełna i nie potrafiłam niczego sensownego z siebie wydusić.
Wróciliśmy do szpitala i po wejściu do kliniki, Andrzej został zabrany do przygotowania się do badania. Ja zostałam na poczekalni, gdzie zjadłam kanapkę wcześniej przygotowaną i wyjęłam książkę do czytania. Nie mogłam jednak czytać, ponieważ to wszystko kotłowało się w mojej głowie. Zadzwoniłam do siostrzenicy, powiedziałam jej wstępne dane, po czym zadzwoniłam do mojej siostry aby i ją powiadomić. Następnie napisałam sms do mojej przyjaciółki z tą wiadomością. Aby czymś się zająć, zaczęłam rozmowę z panią, która czekała na badanie kolana. Potem doszła jej siostra i miałyśmy dość ciekawą rozmowę, aczkolwiek była ona na tematy zdrowotne. Kolejny raz w ciągu tych paru tygodni dowiedziałam się o niezadowoleniu ludzi z obsługi medycznej, głównie lekarzy rodzinnych i szpitali. Obie panie miały sporo do czynienia z lekarzami w ostatnich latach. Twierdziły, że oboje z mężem mieliśmy dużo szczęścia , że dzięki lekarzowi w szpitalu sprawy potoczyły się tak szybko.
Do dziś też pamiętam, jak Andrzej powiedział Dr O`Donell , " Szkoda, że tego nie wykryto wcześniej, tylko leczono mnie na zapalenie płuc". To jest niesamowite! Ja też nie umiem tego zrozumieć, w końcu obowiązkiem lekarza jest leczenie chorego. Nasz lekarz rodzinny doskonale wiedział z autopsji, że Andrzej nie przyszedł by do niego z byle czym, a mimo to, nie wziął pod uwagę ważności tego prześwietlenia z Polski i kompletnie zignorował skierowanie do szpitala. Ciekawa jestem co czuje teraz, kiedy otrzymał list od Dr O'Donnell potwierdzający opinię lekarza z Polski . Sądzę, że nie ma on wyrzutów sumienia.
Andrzej twierdzi, że jest gotowy na wszystko, biorąc pod uwagę całą tę sytuację. Ale czy jest? Myślę, że nikt tak naprawdę nie jest gotowy na coś takiego. Ja przyznaję się do tego z ręką na sercu. Bo co z tego, że udaję bohaterkę przed kimś, kiedy sama w sobie sie boję. I widzę też to samo u Andrzeja. Co z tego, że mówi mi, że już za późno na wszystko, kiedy widzę, że chce walczyć i chce nade wszystko żyć! Czy łatwo jest żyć ze świadomością , że ma sie policzone dni? Czy łatwo jest planować cokolwiek wiedząc, że w każdej chwili nas może nie być wśród żywych? Jak przygotować się na śmierć? Kiedy chce się żyć? A co z druga osobą? Co dalej?
Takie sytuacje w życiu zdarzają się i trzeba je brać na bierząco. Czasem należy przewartościować całe swoje życie i plany. Są sytuacje, gdzie trzeba kompletnie zmienić całe swoje dotychczasowe działania, ale jedno jest pewne. Nie wolno sie poddawać, trzeba iść do przodu, trzeba marzyć, walczyć i żyć.Korzystąc z każdej danej nam chwili, bo życia nie da się cofnąć, w życiu nie ma powtórek, są błędy, które nas uczą.
Mimo , że mamy małe światełko w tunelu, jesteśmy pełni nadzieji, że wszystko będzie dobrze i wygramy tę walkę. Owszem, nie będzie ona łatwa, ale nie można poddawać się na starcie, ponieważ życie jest tylko jedno i korzystajmy z niego. Ja sama przyznaję sobie, że nie jestem gotowa na tę nową sytuację, ale wiem, że moja wewnętrzna siła nie pozwoli mi na poddanie się. Wiem, że w tej walce nie jestem też sama, bo mam Andrzeja grono przyjaciół i rodzinę wokół siebie , którzy nas wspierają w każdej chwili.
Przewartościowanie życia czasem jest konieczne, ponieważ mocno wierzę, a nawet wiem, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Wiem, że to co dzieje się w życiu każdego człowieka jest następstwem wielu czynników z przeszłości. Rozumiem to i zmieniam swoje życie każdego dnia od kilku już lat. Od czasu, kiedy zrozumiałam. Uczę się i staram się aby być radosna i aby żyć tak by nikt nie cierpiał. Wiem, że choroba męża jest konsekwencją jego wcześniejszego działania i myślenia, ale wierzę, że i on teraz zrozumiał i zrobi wszystko, aby było lepiej i aby on sam oczyścił przeszłośc, aby zrozumiał sens wybaczania i aby wybaczył.
Jesteśmy tu po to aby się uczyć , więc korzystajmy z tych lekcji jak najmocniej....
Każdy dzień jest dla mnie nowym dniem życia i robię wszystko, aby być szczęśliwa, mimo wszelkich przeciwieństw. Każda sekunda to wielka nowość, więc staram się żyć, uczyć i działać tak aby byly one najlepsze z dotychczasowych.... ta mobilizacja to kolejna lekcja życia, którą z radością akceptuję i mimo emocji jakie się wplątują, idę dalej i mocniej stąpam po ziemi..... Przy tym, mam ogromną nadzieję, że Andrzej również podejmie to nastawienie i pójdzie do przodu.....
Kolejny dzień, badania już za nami, czas na końcowe wyniki.......
Lekarz, tym razem kobieta, potwierdziła już na 100%, że jest to nowotwór, wyniki badań brokoskopi, tomografu oraz poprzednie, nie wykazują przerzutów. To daje nadzieję, że będzie dobrze.
Niemniej jednak, brakuje jeszcze jednego badania, mianowicie jest konieczność dokonania badania mózgu, ponieważ tego typu nowotwór, często przerzuca sie na mózg. jednocześnie ten szpital nie ma już ekspertyzy w leczeniu nowotworu, w związku z czym, Andrzej został skierowany do Christie szpitala w Manchester pod opiekę specjalisty, Dr Blackmore, która przejmie opiekę nad nim i jego leczeniem. Na początek bedzie to chemia, poczym zaaplikuja mu radioterapię. teraz pozostaje już tylko czekać na to spotkanie.
Kiedy asystętka lekarza rozmawiała z nami już o szczegółach dalszego leczenia i dała nam informator, numery telefonów do opiekunek w pobliskim szpitalu, następnie wypełniła formularz dla niego związany z dalszym leczeniem, zauważyłam, że Andrzej miał w oczach łzy. W pewnym momencie, nawet zaniemówił, bo łzy cisnęły mu się do oczu. Nie życzę nikomu, czegoś takiego..... nie da się opisać uczuć jakie się cisną w takich chwilach, kiedy stajemy w obliczu takich sytuacji..... bo.... tak naprawdę ...... nie wiemy do końca co będzie. Ale mamy nadzieję, że wszystko będzie dobrze....
Stając w obliczu choroby takiej jak ta, w chorym dzieje się wiele przeróżnych rzeczy. Emocje, jakich nigdy do tąd się nie czuło, złość, żal, wszystko na raz. Wtedy, druga osoba, może być odbiorcą nieprzyjemnych tekstów, ale to trzeba przeżyć, ponieważ te emocje muszą wyjść, nawet jeśli się trochę popłacze..... Potrzeba wiele cierpliwości, wyrozumiałości i..... miłości....A nadewszystko.... wiary, że będzie dobrze....
I......
Nogi ugięły się pode mną...... Na godzinę 14 ta dzisiejszego popołudnia, byliśmy umówieni z lekarzem specjalistą, Dr Blackhall w szpitalu Chrsitie. Pojechaliśmy ze spokojem, pod szpitalem nie było miejsca na parking, musieliśmy wyjechać na ulicę i ponownie wrócić po zrobieniu okrążenia.Byłam zaskoczona ilością samochodów, ale nic nie mówiłam Andrzejowi. Kiedy weszliśmy do recepcji kliniki, zaniemówiłam. Byłam wręcz uderzona widokiem około stu osób czekających. Tymbardziej, że na wielu tych twarzach rysowało się cierpienie i niewiadoma. Recepjonistka, dała numerek i kazała nam usiąść. Po chwili podeszłam do niej z zapytaniem po co ten numerek. Jej koleżanka powiedziała nam, że to po to aby oddać krew. Po chwili pielęgniarz wyszedł z sali z kartką w ręku. Domyśliłam się, że chodzi o Andrzeja bo nie potrafił wypowiedzieć jego imienia i nazwiska, podszedł do innego pielęgniarza, który pomógł w wymowie. Po chwili Andrzej był już po badaniu krwi, ale musiał jeszcze mieć prześwietlenie. Podeszłam do strażnika prosząc o wskazanie miejsca Rentgena, ten zaprowadził nas na miejsce.
Wreszcie jesteśmy w gabinecie. Przyszedł do nas Dr Rosario, który zapytał czy my już wiemy dokładnie co to jest za choroba. Przytknęliśmy, a on powiedział, że nasz lekarz nie miał jeszcze pełnych wyników. Okazało się, że ten nowotwór jest bardzo agresywny i nie jest łatwy do leczenia. Kiedy doszła Dr Blackhall, okazało się,że jest to bardzo grożna forma choroby, dlatego już za dwa tygodnie zaczynają chemioterapię i radioterapię. To jest experyment jaki ten szpital prowadzi. Szanse? Według danych, 3 z 4 chorych mają naworty choroby. "Nie leczony rak, daje miesiąc do trzech, życia. Leczony, może przedłużyć zycie do dwóch lat.". Rokowania??? Boję się....... Ale w głębi duszy wiem, że odpowiednie nastawienie daje nam ogromną szansę....
Jeśli ktoś mnie zapyta o uczucie, to....... powiem....... że jest ono nie do określenia.... To ja, tak mówię, natomiast, to co czuje pacjent, to w tym momencie powiem, "Ogromną nadzieję, chęć do życia i do walki". Andzrej na koniec powiedział Dr " Ja jestem gotowy na wszystko, zacznijmy działać jak najszybciej, bo chcę byc zdrowy".
Czy były to słowa prosto z serca? ....... myślę, że napewno tak..... tylko...... objawy są nieco inne.....ale...... tylko czas.... nam pokarze co dalej. Najważniejsze jest dziś i każda następna chwila, z której będziemy sie radować..... Wiara.....siła walki.....miłość..... i..... co najważniejsze, to wola Boga...
Czeka nas bardzo trudny okres, ale jesteśmy gotowi.......
Kocham Cię życie!!!! Kocham Cię Życie!!!! To
chcę krzyczeć teraz i zawsze!
W życiu każdego
człowieka nadchodzi okres, kiedy zastanawiamy sie nad sensem nazszego życia.
Robimy wówczas rachunek sumienia i tego, co przez całe życie dokonaliśmy. Z
regóły dzieje się to kiedy jesteśmy tuż na krańcu naszego istnienia jako
człowiek.
U mnie, dzieje
się tak już od kilku lat. Robie rewizję, zmieniam, trzymam się czegoś kurczowo,
potem znowu zmieniam, porównuję, sumuję, uczę się a nastepnie wdrążam w życie.
A kiedy nadchodzi moment melancholii, i wyrzutów sumienia, natychmiast
otrzymuję wewnętrzne szturchnięcie, jakby coś, lub ktoś chciał mi dac kuksańca,
mówiąc: „Hej! Ty! Co ty wyprawiasz!?”. To jest sygnał, abym powróciła do myśli
o dobrych stronach mojego życia.
Od dwóch dni
jestem w szpitalu na badaniach, poniewaz istnieje podejrzenie kamieni
żółciowych. W Nowy Rok 2012, dostałam silnych skórczy w okolicach brzucha, trzymały mnie do rana. Nie mogąc
znieść już tego, a bardziej dlatego, że obiecałam to mojej przyjaciółce,
pojechałam do szpitala, gdzie mnie zbadano i stwirdzono, że jest potrzebna
operacja.
Wczoraj,
trzeciego stycznia, dowiedziałam się też, że mój mąż, Andrzej, przebywający w
Słupsku na urlopie, był u lekarza tam i postawiono mu diagnozę „nowotworu”
klatki piersiowej. Dwie trudnie wiadomości, zbiegające się z sobą w tym samym
czasie, to nie codzienne zdarzenie, ale takie jest nasze. W takim momencie,
wszystko zaczyna mieć inny sens i wymiary. Nagle całe życie zaczyna nabierać innego wymiaru i zaczyna się oglądanie filmu z własnego scenariusza życiowego.
W pierwszym momencie, jest lęk,
nastepnie całe mnóstwo emocji przewijających się przez umysł, przy czym żadnej
nie jestem w stanie zatrzymać. Łzy same cisną sie do oczu, poczucie pustki
wewnętrznej, pytania, wyobrażenia. Jeden wielki mętlik, którego nie jestem w
stanie ogarnąć.Mimo to, gdzieś w głębokim wnętrznu mnie odzywa się głos...... cichy..... ledwie słyszalny..... , który mówi mi, że "wszystko będzie dobrze, nie zamartwiaj się".
Kiedy moja
siostra informowała mnie o diagnozie (była z Andrzejem u lekarza), moja
pierwsza reakcja była spokojna. Miałam nieodebrana wiadomość od niej.
Oddzwoniłam więc, Andrzej był obok niej, ale nie rozmawialiśmy. Myślę, że on
potrzebował trochę czasu na przyswojenie sobie tego, co usłyszał od lekarza.
Ewa powiedziała mi, że znaleziono guza, który od listopada troche urósł. Lekarz
dał mu skierowanie do szpitala, pytanie było, czy ma on iść do szpitala
tam, czy w Anglii. Ja powiedziałam, że
moze tam. Ale ostatecznie jeszcze porozmawiamy. Umówiłyśmy się, że ja jeszcze
zadzwonię po moim USG.
Kiedy wróciłam
z USG, zadzwoniłam ponownie do Ewy. Rozmowa miała wtedy zupełnie inna barwę, ponieważ
Andrzej wyszedł a Ewa miała możliwość wolnej rozmowy. Przeczytała mi postawiona
diagnozę. „ Stwierdzono nowotwór w lewym płucu”. Nie jestem w stanie opisać ,
co działo się w mojej głowie, ale ogólnie, był to napływ emocji, połączony ze
łzami. Wszystko co działo się w ostatnich dwudziestu pięciu latach naszego
wspólnego życia przewijało się przedemną. Ewy słowa „tak to jest, kiedy niczego
się nie dokonało, nie dorobiło, a tu nagle trzeba się żegnać....” dzwoniły w
mojej głowie. Powiedziałam jej, „ Obojętnie co będzie, to ja tu, czy tam,
zaopiekuję się nim”. W tym samym czasie, myślałam też o tym wszystkim, co
zaczęłam robić w Polsce, moja praca, kolejny raz zostaje zniweczona. Myślałam o
tym, jak moi członkowie podejdą do tego. Zastanawiałam się nad czasem, mojego
pobytu w domu, ile czasu będę musiała czekać nim pojadę kontynułować to co tam
zaczęłam. Tym samym, zastanawiałam się nad sensem mojej pracy, ale ja sobie nie
wyobrażam zycia bez tej pracy. Bałam się,że moja grupa się teraz rozpadnie
całkiem.
Ewa, jak zwykle chciała wywołać u mnie poczucie winy za to,że moje
zycie z Andrzejem nie było takie jak należy. Bo też nie było, on ciągle żywił
do mnie pretensje, głównie o pieniądze. Trzymał tę złość do mnie od wielu lat,
nie umiał wybaczać, a przy tym bardzo też potrafił mi dokuczyć. Nie zgadzał się
na moje wyjazdy do Polski, do pracy, nie lubił też niczego, co robiłam, nigdy
nie byłrozmowny. Kiedy próbowałam dowiedzieć się od niego co powiedział mu
lekarz po badaniach tu na miejscu, ledwie powiedział, że czekał na wezwanie do
lekarza. Do dziś więc nie wiem naprawdę co mu powiedzieli. A może już wtedy,
powiedzieli mu, że ma to nowotwór?
Zadzwoniłam do
naszej przychodni aby sie czegos dowiedzieć, ale nie chcą ze mną rozmawiać.
Więc postanowiłam, że pójdę tam, jak tylko wyjdę ze szpitala. Tak...... to
rzeczywiście nie codzienne...... ja... już w szpitalu. Andrzej podjął decyzję, ze wraca do Anglii i
pójdzie do szpitala natychmiast po powrocie. Kiedy dziś rano, lekarz powiedział
mi, że będę miała operację w piątek,
łzy poleciały mi z oczu, bo w tym samym
momencie, pomyślałam o Andrzeju, że on tego dnia wraca do domu i za chwilę sam
będzie w szpitalu. Na szczęście, ja szybko wracam do zdrowia, moje zapalenie
dróg trawiennych to pryszcz w stosunku do tego, co ma Andrzej. Kiedy to piszę,
moje uszy mnie pieką. Czuję, że Andrzej
w tej chwili myśli o tym co było. Jako mało wylewny człowiek, dużo myśli, co
powoduje, że wprowadza się w stan depresji. Od momentu, kiedy był jeszcze w
listopadzie u lekarza, przy każdej okazji leżał. Przez całe życie ruszał się
bardzo mało. Nigdy nie lubił wielkiej aktywności, pośpiechu. Jego pasją jest
telewizor, przy którym spędzał cały swój czas. Mało mawiał, a przy tym, od kąd
zmarli jego rodzice, szczególnie jego tata, to nie utrzymuje kontaktu z bratem.
Ma tylko jednego brata, teraz ja będę musiała zadzwonić do niego i powiadomić
go o chorobie jego brata. Nie mam pojęcia, w jakim stadium jest choroba
Andrzeja, mogę tylko się domyślać, ale po co? Trzeba brać to, co daje nam Bóg i
iść do przodu. I pomyśleć, że jeszcze kilka lat temu, mój żołądek przewracał
się na samą myśl o śmierci, dziś podchodzę do tego bardzo spokojnie i bez lęku.
To wszystko dzięki temu, że więcej rozumiem, wiem i wierzę.
Louise Hay,
opisuje w swojej książce” Możesz Uzdrowić swoje Życie”, wszystkie choroby i ich
przyczyny z punktu widzenia ezoteryki. Według niej, powodem nowotworu jest :”
Głęboka rana. Długo utrzymująca się uraza. Głęboko skrywana tajemnica, lub żal
zżerający od środka. Noszenie w sobie nienawiści.” Pytanie „ „Po co to
wszystko?””. A dalej, pisze ona” Rak to
choroba spowodowana głębokim urazem utrzymującym sie dopóty, dopóki dosłownie
nie zacznie zżerać ciała. ....... Człowiek żyje w poczuciu krzywdy i ma trudności
w rozwijaniu i utrzymaniu ważnych dla niego związków emocjonalnych. Te
przekonania powodują to, że życie wydaje
się ciągiem rozczarowań. Taki człowiek posiada poczucie bezradności oraz
straty, która przenika myślenie, a to z kolei powoduje, że oskarżamy innych za
wszystkie nasze kłopoty. Ludzie cierpiący na raka są także bardzo krytyczni w
stosunku do samych siebie.
Te wszystkie
cechy odnajduję w Andrzeju, on nie ma w swoim słowniku słowa „przepraszam”, a
tymbardziej nie potrafi zapomnieć, wybaczyć innym i sobie. Nie potrafił kochać
siebie, nie umiał też wyrażać swoich uczuć.
Ja z kolei
przestałam też rozmawiać z nim, nasze rozmowy ciągle kończyły się kłótnią,
nerwami, a ostatnio wyzwiskami tak brzydkimi, że nie jestem w stanie ich
przytoczyć. Do dziś słyszę, jak w dniu jego urodzin, powiedział mi dwa słowa
przez telefon, a w jego głosie, był zupełnie inny podtekst, pełen złości, wręcz
nienawiści do mnie. Był ogromnie zły na mnie za to, że pojechałam do Polski na
prawie trzy miesiące i nie było mnie przy nim, kiedy szedł do lekarza( Ja od
dawna namawiałam go na pójście do lekarza, a on twierdził, że nie musi) .
Prosiłam aby przestał palić, ale mnie nie słuchał, tylko burczał na mnie. Nie
wiem prawie nic na temat jego historii choroby, ale dziś właśnie doszły do mnie
wiadomości, które sprawiły, że łączę nici w jeden kłębek. Okazało się, że kiedy
Andrzej był u lekarza w listopadzie, padło podejrzenie na zapalenie płuc. Był
przeziębiony, nie leczył się, a potem, zaczął pluć z krwią. To go musiało
przestraszyć, dlatego poszedł do lekarza. Kiedy lekarz odesłał go do szpitala,
tam dali mu lek na zapalenie płuc, który brał przez cztery dni. Wczoraj, polski
lekarz powiedział mu, że te leki były na zapalenie płuc i dobrze, że brał je
tylko te kilka dni. Moja koleżanka zajrzała do internetu i poczytała informacje
na temat tej choroby, okazuje się, że
wszystko jest możliwe, aczkolwiek wstępne informacje, jakie otrzymaliśmy
wczoraj wskazują,że sytuacja wygląda pół na pół. Zobaczymy co będzie jak już
lekarze go zbadają.
Teraz
najważniejszy jest spokój ducha, pozytywne myślenie, i miłość.
Z mojej strony,
czuję, że jestem przygotowana na wszystko. Dziś inaczej patrzę na śmierć. Nie
boję się śmierci, ponieważ wiem i wierzę, że jest to tylko stan chwilowy, moja
dusza nadal się rozwija , więc wrócę na ziemię wcześniej czy później aby uczyć
się dalej. Teraz, muszę skupić się na sobie, aby nabrać sił , odbudować swoje
życie i zaopiekować się Andrzejem.
Uświadomiłam
sobie też, że cokolwiek robimy, to każdego dnia, wieczorem, musimy oczyścić
nasze myśli z całego dnia, nim położymy się spać. Nie możemy dopuścić do tego,
aby usnąć mając to wszystko w nas. Oczyszczanie i odcięcie się od minionego
dnia, nie kończy niczego, to nie jest odcinanie się od kogoś, lub czegoś na
zawsze. Jest to proces przetworzenia tych wszystkich myśli, czynów i
informacji, które przyjmowaliśmy tego dnia. Po oczyszczeniu, pozostają w nas
tylko te rzeczy, jakie są nam potrzebne na później. A to jest kolosalna
różnica. Pozostawianie negatywnych informacji w naszym umyśle działa na szkodę
naszej przyszłości.
Wiem z całą pewnością jedno: Życie ma sens i to ogromny! Zobacz ponizej:
Doszłam do wniosku już wiele lat temu, że życie ma sens, ale widząc ten film, utwierdziłam się w tej opinii jeszcze bardziej.....